Kategorie
Lifestyle

Sousa ma nosa, ale kilka niedociągnięć jest.

Co wiemy po pierwszym meczu pod wodzą nowego selekcjonera? Po pierwsze, jak to mawia już piłkarski klasyk „2:0 to niebezpieczny wynik”, a po drugie Panie Sousa, masz Pan nosa.

Na wstępnie chciałbym w wielkim skrócie podkreślić kilka rzeczy. Te 90 minut w Budapeszcie pokazały nam z pewnością to, że nie da się nauczyć wysokiego grania obroną w trzy dni. Pokazały nam to, że media w dzisiejszych czasach nadal szukają kozła ofiarnego i stał się nim po tym meczu Michał Helik. Co więcej, osobiście zauważyłem, że nie potrafię oglądać gry Grzegorza Krychowiaka. Występ Szymańskiego zapamiętałem tak – mocne podanie i obijanie nogi przeciwnika, piłka na aucie, dziwne bicie autów, koniec historii. Bramka na 1:0 dla Węgrów kryminał. I tak dalej i tak dalej i przychodzi druga połowa, 53 minuta Szalai i mamy bramkę na 2:0. Wychodzę puścić dymka i wtedy się zaczęło, ale po kolei.

Długo zastanawiałem się jak można by zacząć ten tekst. Przecież po meczu przeczytałeś już wszystkie możliwe artykuły, obejrzałeś/obejrzałaś materiały live, na whatsappach przesłałeś wszystkie możliwe memy z internetu nawiązując do Pana Brzęczka. Przecież Ty wiesz wszystko – spokojnie, to nie ironia, tak po prostu jest i tyczy się to 38 milionów osób w tym kraju. Tacy po prostu jesteśmy. Ale myślę, że powinniśmy wyjść od tych memów.

Gdybym miał porównać dwie połówki z wczorajszego spotkania to z pewnością pierwsza kojarzyłaby mi się z reprezentacją Jerzego Brzęczka. Druga? PRowo się broni przez wynik, mimo że wierzyłeś, że 3 oczka w kiermanie będą luźne jak guma pod biurkiem, którą przykleiłeś 20 lat temu. Można by rzec, trener inny, gra ta sama. No bo jak mam inaczej na to patrzeć jak przy bramce na jeden do zera od Szczęsnego lepiej ustawiają się koledzy na bramkach w centrum. Dostaje kreta po krótkim. Koniec historii. To nie miało prawa wpaść i mówmy to głośno. Ale każdy medal ma dwie strony, do tego podania w ogóle nie powinno dość, a Bednarek wkręcił się jak śrubokręt. Tracić piłkę na 16 metrze przy bramce rywala i stracić bramkę 10 sekund później? No nie. Holowanie piłki przez Krychowiaka kiedyś uważałem za mocnego skilla. Tak też się w to gra. Holujesz, czujesz kontakt, podkładasz się, faul. Mamy piłę. Ale Panie Grzegorzu… Pan kiedyś trafi na takiego arbitra, który nie będzie szukać taryfy ulgowej i patrzeć na to, że jest Pan ostatni i trzyma Pan piłę, rozumie Pan? Wyszło 100 razy, 101 nie wyjdzie, mecz będzie ważny i będzie kapota. Szybciej, szybciej, bo nie mogę na to patrzeć (to tylko i wyłącznie moje zdanie, podkreślam). Środek pomocy? Topornie to idzie naprawdę. Nie istnieje. Pan piłkarz Lewandowski musi cofać się po piłkę do linii obrony i grać na kolegów rozrzuconych w środku pola. Tak oto zapamiętałem pierwszą połowę, w zasadzie mecz do bramki na dwa do jaja.

Ale wiecie co? Za takie spotkania kocha się futbol. Siedząc z kolegami, popijając pianę najlepszej marki oczywiście, leciały komentarze, łacina i mądrości życiowe – wiadomo każdy spec i profesor, znasz to doskonale. Ale padł krótki komentarz: „nudny mecz”, „nic się nie dzieje”, „tragedia”, „nie da się tego oglądać”, „dobra ide jarać”. Tak było. Do 59 minuty spotkania.  Po godzinie starcia węgiersko-polskiego Pan Sousa pokazuje, że ma jaja.

Bądźmy szczerzy, przegrywamy 2:0, Sousa wpuszcza Krzysia Piątka, na murawie mamy 3 napastników. Wchodzi Jóźwiak, schodzą Helik, Moder, Szymański. I teraz niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nie powiedział przy zmianie Modera najsłynniejszego słowa na świecie na „K” dodając przed nim popularny zaimek używany w pytaniach… „co”. Dziękuję.
Bramek nie będę opisywać bo każdy mecz oglądał, także nie miałoby to sensu, ale tak jak napisałem na twitterze. Panie Sousa Pan żeś magik, dwie zmiany (chodziło o strzelców) dwie minuty i remis.

To teraz sobie pomyśl, że w debiucie przegrywasz 2:0, wsadzasz trzeciego napastnika na murawę, grasz na alibi, nie wychodzi, smarują Cię nie tylko pismaki, ale i każda Twoja sąsiadka, że ten to jednak nie umi. Tutaj all in, Panie Sousa fajnie, szacunek.

Od remisu 2:2 finalnie nic się nie zmieniło bo podzieliliśmy się z naszymi węgierskimi braćmi punktem. Jednak ostateczny wynik na tablicy wzrósł po bramce dla każdej z drużyn. Dla Węgrów w 78 minucie bramkę strzelił Orban. Dla nas najlepszy napastnik na świecie (chociaż nie w tym meczu) Robert Lewandowski – bomba pod poprzeczkę, pięknie.

Wnioski?
Szczęsny w następnym meczu ławka. Helik notuje bardzo słaby debiut, ale papiery na granie na najwyższym poziomie ma (bronię go, to moje zdanie), wszyscy w obronie wystawieni nie na swoich pozycjach, nie wyszedł eksperyment. Jakub Moder nie miał dnia, zdecydowanie… ale zanotowałem parę fajnych piłek do przodu na połowie przeciwnika, jest wizja. Szymański nie wyszedł z szatni, Bednarek też parę baboli zaliczył, z resztą jak większość wczoraj. Krychowiak? Przepraszam mam problem by patrzeć na jego grę, paradoksalnie wypadł solidnie. Jóźwiak? Zajebista zmiana, kibicuję. Piątek? Wiadomo od lat, wielki fan, pamiętaj Krzysiu, że zdrowe ryby płyną pod prąd, twarda bania i zaciśnięte pięści. Po cofnięciu Zielińskiego ten zaczął grać, o to chodzi. Kto tam jeszcze zapadł w pamięci… Zmiana Grosickiego? Dla mnie elektron. Bramka Lewandowskiego? Stadiony świata.

Reasumując liczyliśmy na więcej. Chyba każdy z was. Nie krytykuję tutaj piłkarzy dla zasady by pokazać ich słabość, ale parę ogniw wczoraj po prostu nie wypaliło, nie wyszło z szatni. Nie skreślałbym nowego selekcjonera. To pierwszy mecz, pierwsze 90 minut, eksperyment z ustawieniem, przejścia formacji itd. Ale jeżeli będziemy tak kombinować z Anglikami to też skończy się to trójką z tyłu, ale do kwadratu.

Spodobało mi się, że nowy selekcjoner po meczu nie udawał, że nic się nie stało. Kogo miał skrytykować, skrytykował. Pomeczowa konferencja właśnie od tego jest. Nie udaje, że nic się nie stało, że gra gitara. Szac.

Panie Sousa masz Pan nosa, ale kilka niedociągnięć jest. Wierzę, że będzie już tylko lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *